Moje przyjście na świat nie było przypadkowe, wręcz przeciwnie - dobrze zaplanowane. Czasem zastanawiam się, czy zadania, jakie świat postawił przede mną jako dorosłego herosa, nie były mi przesądzone od samego początku.
Ale po kolei
Przez nikogo niekwestionowaną matką moją jest Alkmena, córka króla Myken oraz żona Amfitriona, króla Teb. Podobno była kobietą nieprzeciętnej urody. Tworzyła z mężem bardzo udane i kochające się małżeństwo.
Współcześni, domorośli pisarze opisujący grecką mitologię twierdzą, że Alkmena zwróciła na siebie uwagę Zeusa niezwykłą urodą. Czy tylko tym, śmiem wątpić. Moje dokonania potwierdzają, ze przynajmniej dwunasto-krotnie zbawiłem ludzkość i sam Olimp. Moja matka musiała być wyjątkową kobietą.
To, czego dokonałem świadczy, że nie byłem synem dwojga śmiertelników. Najbardziej prawdziwa hipoteza to taka, że prawdziwym ojcem jest Zeus, król Olimpu.
Jak do tego doszło?
Pod nieobecność mojego ziemskiego ojca, gdy ten był na wojnie, Zeus spłodził mnie pod przebraniem króla Teb (mojego ojca). Udając zwycięski powrót z wojny, opowiedział swoje przygody. Podobno tak bardzo moja matka mu się podobała, że noc wydłużył 3-krotnie. Nigdy więcej nie posiadł już śmiertelniczki. Żadna ziemska kobieta nie dorównała mojej matce,
Jak wielkie było zdziwienie Alkmeny, mojej matki, gdy następnego dnia powrócił prawdziwy jej mąż. Uściskom nie było końca, co świadczyło, że dopiero powrócił z wojny. Co więcej, gdy zaczął opowiadać przebieg wojny, o wszystkim już Alkmena wiedziała. Tej nocy matka zaszła w ciążę ponownie, będąc zapłodnioną przez Zeusa – mam więc brata bliźniaka o dzień młodszego.
Niestety, Amfitrion szybko zorientował się, że coś jest nie tak. Żona znała tajniki z wojny, nie była też stęskniona na tyle, jaką powinna być po jego długiej nieobecności. Domyślił się zdrady. I, chociaż kochał ją prawdziwą miłością, a może właśnie dlatego, postanowił spalić „niewierną”.
I tu pojawia się kolejne potwierdzenie mojej boskości.
Zeus, widząc na co się zanosi, gdy tylko pojawiły się płomienie - zesłał deszcz.
Amfitrion, widząc namacalną boską ingerencję, wybaczył żonie. Zgodził się być ojcem obu nas, mnie i mojego bliźniaka. Co więcej, i jestem za to ziemskiemu ojcu bardzo wdzięczny, nigdy nie powrócił do opisanych wydarzeń. Razem z matką tworzyli udane małżeństwo aż do śmierci.
Ja natomiast, jeszcze zanim się urodziłem, miałem innego wroga – Herę i to nie tylko jako namacalny dowód niewierności męża. Zeus zadbał o moją nieśmiertelność. W czasie snu Hery, przystawił mnie do jej piersi. Ta, szybko zbudziwszy się, odepchnęła mnie. Zdążyłem jednak napić się boskiego mleka. Troszkę pokarmu się wówczas rozlało. Do dziś macie tego wspomnienie w formie drogi mlecznej, zwanej galaktyką.
Hera podejmowała kolejne próby unicestwienia mnie. Miałem zaledwie dziesięć miesięcy, gdy wpuściła dwa ogromne węże do pokoju w którym spałem z Ifiklesem, bratem bliźniakiem. Obudził mnie jęk brata duszonego przez gada. Chwyciłem oba z nich i zgniotłem dziecięcymi rękoma. Ojciec, słysząc płacz mojego brata, wbiegł do pokoju. Zobaczył pokonane potwory i nas obu śpących.
Byłem mały ale pamiętam spojrzenie taty. Wówczas zdał sobie sprawę, że nie jestem zwykłym śmiertelnikiem.
Późniejsze czasy dziecięce wspominam tak sobie. Rodzice oddali nas w ręce Linosa, znanego śpiewaka. Kazali uczyć się gry na lirze. Strasznie tego nie lubiłem. Brat owszem, był zdyscyplinowany i nawet czynił postępy. Ja wolałem ćwiczenia siłowe. Pewnego razu, w złości rzuciłem w nauczyciela instrumentem. Chyba troszkę za mocno, bo człowiek nie przeżył.
W obawie przed wściekłością innych, wysłany zostałem na wieś. Tamtejsze nauki interesowały mnie. Chyba już wówczas zdawałem sobie sprawę, że przydadzą mi się w późniejszym życiu. Mam wrażenie, że przeczuwałem czego będę potrzebował w przyszłości. Przykładowo, bardzo interesowało mnie łucznictwo, walka wręcz, czy powożenie rydwanem. Te umiejętności przychodziły mi z łatwością. Sam chętnie w wolnym czasie ćwiczyłem.
Bardzo miło wspominam jeden z pierwszych moich słynnych dokonań. Miałem niespełna 18 lat, gdy olbrzymi lew siał spustoszenie wśród ludzi i zwierząt na terenie należącym do króla Tespiosa. Zamieszkałem w pałacu władcy, by stamtąd móc obserwować lwa. Było to o tyle wygodne, że mogłem poznać zwyczaje potwora po to, by móc uderzyć w momencie w którym najmniej się tego spodziewa.
Król miał 50 córek. Bardzo ubolewał nad tym, że nie ma syna. Polubił mnie na tyle bardzo, że nocując u niego przez 50 nocy, po zmroku przyprowadzał mi po kolei swoje latorośle. W sumie to zadowoleni byliśmy; ja i król. Nie minęło bowiem u każdej jego córy 9 miesięcy, jak powiła syna. W efekcie, gdy wyjeżdżałem, nie tylko uwolniłem ludność od lwa-potwora, ale też uszczęśliwiłem króla 50-cioma wnukami.
Wracając do domu wydarzyła się historia, która mocno zaważyła na moim późniejszym życiu. Natknąłem się na wysłańców, którzy jechali do Teb aby odebrać daninę. Wkurzony, udaremniłem ich obcinając każdemu uszy i nos. Wdzięczny król Teb oddał mi za żonę Megarę, najstarszą córkę. Stworzyliśmy fajną rodzinę. Dorobiliśmy się kilkorga dzieci.
Niestety, sielanka nie trwała długo. Hera wciąż nie mogła mi wybaczyć, że jestem. Zamiast złość skierować na niewiernego małżonka, to na mnie się wyżywała. Zrzuciła na mnie obłęd, w wyniku czego we własnych dzieciach widziałem wrogów. W szale rzucałem je po kolei do ognia. Gdy ocknąłem się i zobaczyłem co uczyniłem z rozpaczy chciałem popełnić samobójstwo. Tezeusz, dobry kompan wytłumaczył, że to nie moja wina, że nie byłem sobą. Niestety, żona nie potrafiła wybaczyć. Razem z ocalałymi dziećmi zostawiła mnie.